Konkurencja walutowa – sposób na niestabilność rynku finansowego?

1

„Jak nazywa się waluta [tu pada nazwa kraju]?” To popularne pytanie we wszelkich teleturniejach sprawdzających wiedzę. Przywykliśmy już, że w większości państw na świecie można posługiwać się tylko jedną walutą. Ale to wcale nie jest norma. Wręcz przeciwnie, monopole walutowe to stosunkowo nowy wynalazek.

emerytura

Kim był Mikołaj Kopernik wie każde dziecko w Polsce. To ten, który „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”. Znacznie mniej rodaków kojarzy, że ten wybitny renesansowy uczony był także księdzem, prawnikiem, lekarzem i ekonomistą. W XVI w. sformułował on jedno z najważniejszych praw rządzących rynkiem walutowym: jeśli w obiegu są dwie waluty, to gorsza wypiera z obiegu lepszą.

Zwulgaryzowana i błędna interpretacja tego twierdzenia (znanego ekonomii jako prawo Kopernika-Grishama) jest używana, by wyjaśnić czemu do polityki trafiają miernoty, a na scenie królują platynowłose piosenkarki bez głosu, za to z imponującymi walorami wizualnymi.

W rzeczywistości prawo to mówi, że lepsza waluta, czyli ta mniej podatna na inflację, wypada z obiegu, gdyż ludzie trzymają w niej oszczędności. W obiegu jest waluta gorsza, inflacyjna, której każdy jak najszybciej chce się pozbyć.

W jaki sposób Kopernik sformułował to prawo? Dzięki obserwacjom. Za jego czasów konkurencja walutowa była na porządku dziennym.

Konkurencja walutowa na przestrzeni wieków

Początkowo ludzkości nie było potrzeba pieniądza. Ludzie żyli w małych wspólnotach zbieracko-łowieckich, gdzie każdy z członków zaspokajał swoje podstawowe potrzeby dzięki własnej pracy (gdy upolował królika) lub pracy wspólnie z innymi członkami plemienia (gdy wspólnie polowali na mamuty). Starzy jaskiniowcy dostawali mięso od młodych, w zamian produkowali dzidy i inny sprzęt do polowań.

Problemy pojawiły się, gdy człowiek osiedlił się i zaczął się specjalizować w różnych dziedzinach. Początkowo dominował barter, ale z czasem okazało się to niewystarczające. Wówczas ktoś genialny wymyślił pieniądz. Trudno powiedzieć kto był pierwszy. Najprawdopodobniej idea pieniądza to wczesny wynalazek, bo w takim lub innym stopniu zna go niemal każde plemię na Ziemi.

Pieniądzem może być dowolne, powszechnie akceptowane dobro o wysokiej płynności i ograniczonej podaży. Najpierw ludzie korzystali z dóbr najbardziej potrzebnych i pożądanych (bydło, futra, pewne rodzaje żywności), ale szybko wpadli na inny pomysł: niech pieniądzem będzie coś rzadkiego, o wartości realnej, ale niekoniecznie definiowanej przez podstawowe potrzeby.

Tak narodził się pieniądz w dzisiejszym rozumieniu, czyli nie tyle dobro, co raczej coś odwzorowującego wartość dóbr, co umożliwia przeprowadzanie transakcji (musi być więc stosunkowo niewielkie) i nadaje się do przechowywania majątku (kwestia odporności na inflację).

Śmiejemy się czytając o rodowitych mieszkańcach Afryki, którzy oddawali kolonizatorom kość słoniową za szklane paciorki lub muszelki. Dla niech jednak były to transakcje jak najbardziej racjonalne. Szklane paciorki, jako dobro pożądane i rzadkie w Afryce stanowiły idealną walutę, o wysokiej wartości i odporności na inflację. To kość słoniowa była niepotrzebnym ciężarem. Zjeść się tego nie dawało, a słoni na sawannach było mnóstwo. Zapewne mieszkańcy Afryki nabijali się z głupich białych, którzy przywożą im skarby za bezwartościowe śmieci.

W kulturach Europy i Azji rolę pieniądza szybko przejęły metale szlachetne: złoto i srebro. Można by zapytać gdzie tu konkurencja walutowa?

Po pierwsze przez cały czas istniała konkurencja między oboma metalami. Czasami to złoto lepiej chroniło przed inflacją, czasami srebro.

Ważniejsza jednak okazała się druga kwestia. Władcy szybko dostrzegli korzyść w emitowaniu waluty, polegającą głównie na możliwości psucia monety. Było to po prostu fałszowanie pieniądza, poprzez dodawanie do monety poślednich kruszców (z tego samego surowca można wyprodukować więcej monet). Dziś nazwalibyśmy to dodrukiem pieniędzy.

Naturalnie w Europie konkurowały różne waluty, bite przez różnych władców czy miasta-państwa. Można było płacić we florenach, dukatach, groszach i mnóstwie innych walut. Dzięki temu psucie waluty prowadzące do inflacji okazywało się znacznie mniej zyskowne, jako że ludzi szybko uciekali od takiej waluty, a gromadzili tą lepszą, niefałszowaną. To pozwoliło ograniczyć inflację, która spadła na Europę dopiero po dwóch wstrząsach: epidemii Czarnej Śmierci w XIV w. (spadek ilości siły roboczej wywindował gwałtownie płace) oraz odkryciu Ameryki sto pięćdziesiąt lat później (gwałtowny napływ złota i srebra do Europy spowodował spadek jego wartości).

Konkurencją dla pieniędzy opartych na kruszcu był pieniądz fiducjarny, oparty na zaufaniu do emitenta. Jego pionierami byli Templariusze, którzy zgromadzili swoje legendarne bogactwa dzięki obsłudze finansowej krzyżowców. Kiedy rycerz ruszał w ryzykowną podróż do Palestyny nie brał ze sobą pieniędzy, które mógł stracić w napadzie lub katastrofie statku. Zamiast tego wpłacał je miejscowym Templariuszom, którzy dawali mu w zamian odpowiedni kwit. Swoje pieniądze (uszczuplone o prowizję) mógł odebrać po pokazaniu kwitu braciom w Jerozolimie. Podobnie robił w drodze powrotnej.

Kwity ewoluowały w weksle, czyli emitowane przez różne podmioty (także osoby prywatne) zobowiązania do wypłacenia określonej kwoty. Jeśli zaufanie do emitenta było wysokie, takie weksle krążyły na rynku niczym pieniądze, stanowiąc konkurencję dla waluty opartej na kruszcu. Jeszcze w XIX wieku w niektórych krajach banki prywatne powszechnie emitowały własny pieniądz, który można było u nich wymienić na złoto.

Współczesna konkurencja walutowa

Całkowite przejście na system pieniądza fiducjarnego nastąpiło wraz z upadkiem systemu z Breton Woods. Jednak już wcześniej państwa zapewniły sobie całkowity monopol na emisję pieniądza. Pozwala to czerpać podobne korzyści jak każdy monopol: wytwórca oferuje gorszy towar za wyższą cenę. Zrobiono to na dwa proste sposoby.

Po pierwsze państwa wprowadziły ustawodawstwo, które zakazywało posługiwania się innym pieniądzem, niż emitowany przez dany kraj. W niektórych państwach zabroniono nawet oszczędzania w innych walutach i kruszcu.

Niewiele jednak by to dało, gdyby nie drugi element. Państwa znacząco rozbudowały sferę publiczną. Jednocześnie wszelkie transfery finansowe wewnątrz tej sfery można przeprowadzać tylko w walucie emitowanej przez państwo. Co to oznacza w praktyce?

Nauczyciel, idąc do sklepu, zawsze będzie płacił walutą oficjalną. Innej nie ma, bo taką mu wypłaca państwo, które zawłaszczyło system oświatowy. A nawet gdyby przedsiębiorcy chcieli rozliczyć się w złocie (czy w szklanych paciorkach, załóżmy przez moment, że mamy pełną konkurencję walutową), musieliby zapłacić od transakcji VAT i podatek od dochodów (PIT lub CIT). A ten mogą zapłacić tylko w walucie oficjalnej, którą muszą przecież jakoś pozyskać. W ten sposób taniej i wygodniej posługiwać się walutą państwową, która zapewniła sobie nie tylko prawny, ale i faktyczny monopol.

 

Czy jest jakaś nadzieja na powrót konkurencji walutowej, która, jak każda konkurencja, jest zdrowa dla rynku? Wbrew pozorom jak najbardziej. A tą nadzieją są ludzie.

Za każdym razem, gdy słabą walutę zjada inflacja, ludzie instynktownie szukają konkurencyjnego pieniądza. W PRL istniał gigantyczny drugi obieg dolarów, które były zdecydowanie bardziej pożądaną walutą niż złotówka. W latach największego kryzysu wrócił również handel barterowy, częściowo formę waluty pełniły kartki i talony. Dziś, wobec kryzysu i ewidentnej słabości pieniądza fiducjarnego, ludzie zwracają się ku kruszcom, windując cenę złota na kolejne poziomy (zgodnie z prawem Kopernika-Grishama oszczędzają w walucie, która nie podlega inflacji)

Z kolei w Zimbabwe państwo oficjalnie zrezygnowało z monopolu walutowego i umożliwia regulowanie zobowiązań podatkowych w euro, dolarach, funtach, randach (waluta RPA) i zambijskim kwacha. W ten sposób afrykański kraj stara się wyjść z gigantycznego kryzysu ekonomicznego spowodowanego hiperinflacją. Oczywiście w tym przypadku nie możemy mówić o pełnej konkurencji, a raczej o oligopolu, ale to i tak postęp.

Największą jednak nadzieją jest globalizacja. Coraz łatwiej zrobić zakupy za granicą czy wymienić pieniądze na inną walutę. Wystarczy kilka kliknięć myszką. Upowszechnienie innych walut powoduje, ze nawet niektóre polskie sklepy przyjmują płatności w euro lub dolarach. Przy upadającym dolarze i chwiejącym się euro świat szuka tej mocnej waluty, w której może oszczędzać. Skończyła się konkurencja walutowa w państwach, ale zaczęła na rynku światowym.

Trend ten próbowali stłumić politycy, narzucając kolejne wspólne waluty, czy to rozliczeniowe (ECU, SDR) czy faktyczne (euro). Jednak nieudany eksperyment z euro dowiódł, że monopolizowanie tak zróżnicowanego gospodarczo obszaru na rzecz jednej waluty jest niemożliwe. Wszystko wskazuje na to, że przed nami nowa odsłona konkurencji walutowej. Czyżby powrót pieniądza opartego na złocie?

Pobierz bezpłatny poradnik
Przekaż dalej

O autorze

Z wykształcenia politolog, z zawodu specjalista od promocji i marketingu on-line. W wolnych chwilach prowadzi największy w Polsce blog o futbolu amerykańskim. Finansami i oszczędzaniem pasjonuje się nie mniej niż sportem a rynkiem złota i numizmatyką zajmuje się od wielu lat w teorii i praktyce.

1 komentarz

Odpowiedz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.