Wymyślony kryzys

1

Amerykańska gospodarka nie potrzebowała specjalnych pakietów ratunkowych ani potężnych interwencji Rezerwy Federalnej w 2008 roku. Bankructwo groziło wtedy tylko niewielkiej liczbie instytucji finansowych i ich radykalna restrukturyzacja przeciętnemu Amerykaninowi wyszłaby na dobre. Takie i podobne tezy rozwija w swojej nowej książce The Great Deformation. The Corruption of Capitalism in America David Stockman, amerykański publicysta.

Stockman w latach 70. i 80. zajmował się czynnie polityką. Był republikańskim kongresmanem w latach 1977-1981, a przez kolejne cztery lata zajmował się polityką budżetową w administracji Reagana, skąd odszedł w proteście przeciw ciągle rosnącym federalnym wydatkom. Od tamtego czasu próbował swoich sił w biznesie oraz parał się publicystyką. Jego najnowsza książka to obszerna, bo ponad 700-stronicowa, historyczna analiza stopniowego rozmontowywania amerykańskiego kapitalizmu w stronę systemu sprzyjającego wąskiej grupie uprzywilejowanych, zwłaszcza tych, którzy mają siedziby swoich firm na Wall Street. Choć Stockman to republikanin, nie waha się krytykować posunięć Reagana, Nixona czy Bushów. Jego książka zdenerwowała wszystkich od prawa do lewa, np. lewicowego ekonomistę i noblistę Paula Krugmana, bo trudno uznać ją za proste powtórzenie partyjnych propagandowych haseł. To raczej uważna i odważna analiza obalająca kolejne polityczne i ekonomiczne mity z najnowszej historii USA – od Wielkiego Kryzysu w 1929 r. do czasów współczesnych.

Niepotrzebna panika 2008 r.

Nie sposób przedstawić wszystkich tez tak obszernej książki. Chciałbym jedynie pokazać, dlaczego według Stockmana w 2008 r. Kongres i Rezerwa Federalna nie powinny wspierać bankrutujących firm oraz dlaczego opowieści o szefach Rezerwy Federalnej (ostatnio Benie Bernankem) bohatersko ratujących gospodarkę przed załamaniem to brednie wyssane z palca.

W 2008 r. nasiliły się problemy ze spłatą kredytów hipotecznych niskiej jakości, tzw. subprime. Firmy, które kupiły te kredyty zaczynały mieć problemy z pozyskaniem środków na dalsze finansowanie swojej działalności, co prowadziło do wyprzedawania aktywów i spadków ich ceny. Okazywało się, że niektórzy np. bank Lehman Brothers są na prostej drodze do bankructwa, co oczywiście odbiło się na cenach akcji tej instytucji oraz firm z podobnym modelem biznesowym. Spadające ceny akcji na Wall Street doprowadziły do paniki wśród rządzących. Sekretarz Skarbu – Henry Paulson – szybko przygotował pakiet ratunkowy dla zagrożonych instytucji finansowych (tzw. TARP). O dziwo, pakiet ten przepadł w głosowaniu w Izbie Reprezentantów przy pierwszej próbie jego wprowadzenia. Paulson rozkręcił wtedy propagandową kampanię strachu, mówiąc o tym, jak upadek kolejnych instytucji sprawi, że niedługo Amerykanie nie będą w stanie wybrać pieniędzy z bankomatu – cały amerykański system bankowy runie w gruzach. Zastraszani kongresmeni niestety w końcu zgodzili się z prezydentem Bushem, że „trzeba porzucić zasady wolnego rynku, by uratować wolny rynek” i przy drugim podejściu pakiet ratunkowy został zaakceptowany.

Okazuje się, że prognozy i czarne wizje Paulsona nie miały żadnych podstaw. Banki, z których usług korzystają na co dzień Amerykanie, były w większości w dobrej sytuacji. Chociaż udzielały one kredytów subprime, to szybko je odsprzedawały innym firmom – bankom inwestycyjnym, funduszom hedgingowym, czy bankom europejskim. Banki komercyjne w IV kwartale 2008 r. miały aktywa warte 11,6 bln USD. Jedynie 200 mld USD, czyli jakieś 1,7% całych aktywów, stanowiły papiery wartościowe uważane za toksyczne – czyli te oparte na złych kredytach hipotecznych. Nie było obawy, że nagle w bankomatach zabraknie pieniędzy – mała część banków nadzorowanych przez FDIC (czyli ubezpieczyciela depozytów bankowych w USA) była w kiepskiej kondycji, a ich restrukturyzacja przebiegła w następnych latach szybko i w uporządkowany sposób – tak że klienci mogli się czasami zdziwić, że widzą na swoim banku nowy szyld – inny podmiot wykupił aktywa upadającego banku bez żadnych strat dla klientów.

Mysaver - magazyn o twoich pieniądzach

Pupile Rezerwy Federalnej i rządu

Kto natomiast potrzebował ratunku przed bankructwem? Przede wszystkim banki inwestycyjne. Pięć największych tego typu banków – Goldman Sachs, Morgan Stanley, Merrill Lynch, Lehman Brothers i Bear Stearns – miało przed kryzysem aktywa warte około 5 bln USD, chociaż na początku lat 80. były to firmy dysponujące jedynie kilkudziesięcioma miliardami aktywów. Przez kolejne lata banki inwestycyjne były jednymi z głównych beneficjentów ekspansywnej polityki pieniężnej Greenspana i Bernankego. Dzięki niskim stopom procentowym firmy te były w stanie emitować dużo krótkoterminowych obligacji. Pieniądze z tych obligacji przeznaczano na zakup papierów wartościowych o wyższej stopie zwrotu – np. opartych na kredytach hipotecznych. Firmy te stały się maszynką do robienia szybkich zysków i wypłacania dużych premii.

Kiedy jednak pojawiły się najdrobniejsze obawy co do jakości ich aktywów, cały model biznesowy banków inwestycyjnych stanął pod znakiem zapytania i bez pomocy rządu federalnego oraz banku centralnego musiałyby zapewne zakończyć działalność. Ówczesny sekretarz skarbu – Paulson – to człowiek z licznymi kontaktami w świecie banków inwestycyjnych i w swoich pamiętnikach z czasów kryzysu wprost przyznaje się do tego, jak podejmował konkretne działania polityczne za podszeptem m.in. prezesa Goldman Sachs. Nie bardzo jednak wiadomo, dlaczego upadek banków inwestycyjnych miałby źle wpłynąć na życie przeciętnego Amerykanina. Wydaje się raczej, że odchudzenie napompowanego przez Rezerwę Federalna sektora finansowego sprawiłoby, że część osób tam zatrudnionych poszukałaby sobie pracy, która jest doceniana przez konsumentów, a nie przez Greenspana, Bernankego czy Paulsona.

AIG

Podobnie wyglądała historia z ratowaniem giganta ubezpieczeniowego – AIG. Firma ta ubezpieczała kredyty od przypadków niewypłacalności dłużników. Póki boom na rynku mieszkaniowym trwał w najlepsze, był to dość lukratywny biznes. Kiedy jednak pojawiły się kłopoty z kredytami subprime, AIG musiała płacić coraz większe odszkodowania, co odbijało się na jej wynikach. Tak jak w przypadku banków roztaczano przed ludźmi wizję upadku systemu ubezpieczeniowego i niemożności odzyskania odszkodowania od swojego ubezpieczyciela.

Okazuje się jednak, że ta wizja także niewiele miała wspólnego z rzeczywistością. Stockman szczegółowo analizuje finanse AIG i zauważa, że przynoszące straty ubezpieczenia kredytów posiadała jedynie spółka-matka, która nie zajmowała się sprzedażą ubezpieczeń dla ludności. Tym zajmowały się np. jej poszczególne zagraniczne oddziały czy mniejsze spółki w Stanach Zjednoczonych. Sęk w tym, że regulacje, jakim podlegają firmy ubezpieczeniowe, nie pozwalały na to, by spółka-matka mogła wykorzystać łatwo aktywa swoich oddziałów, żeby pokryć straty na ubezpieczaniu kredytów hipotecznych. Firmom, które sprzedawały Amerykanom ubezpieczenia domu czy samochodu, nie można było łatwo zabrać gotówki, dlatego też przeciętny obywatel nie zauważyłby zmian w działaniu AIG. Straty poniosłyby głównie instytucje finansowe, które ubezpieczały kredyty w spółce-matce.

Samowola banku centralnego

O ile w przypadku programu TARP możemy mówić o pewnych elementach demokratycznej kontroli nad wydawaniem pieniędzy podatników, to w przypadku działań Rezerwy Federalnej nie możemy mówić o podobnym zjawisku. To właśnie Rezerwa Federalna była organem, który postanowił uratować AIG – najpierw udzielając pożyczki, a potem zamieniając swój dług na udziały w firmie. Rezerwa Federalna wykupiła także znaczną część obligacji opartych na kredytach subprime, uwalniając instytucje finansowe od tego brzemienia i zapewniając, że kolesiowski kapitalizm w wydaniu amerykańskim jeszcze potrwa. Skala tych działań nie ma precedensu w historii Stanów Zjednoczonych. Od czasu porzucenia resztek standardu złota w 1971 r. nie istnieją żadne efektywne ograniczenia dla działań amerykańskiego banku centralnego.

Beneficjentem takiego systemu jest oczywiście sektor finansowy i ludzie tam zatrudnieni. Niestety, system ten ma też swoje ofiary. Realne dochody przeciętnych Amerykanów nie rosną pomimo mirażu rosnącego PKB. Ciągła produkcja nowych dolarów przez Rezerwę Federalną sprawia, że zamiast przez ostatnie lata cieszyć się spadającymi cenami, spowodowanymi m.in. przez włączenie się Chin do światowej gospodarki, Amerykanie widzą ciągle rosnące koszty życia. Rezerwa Federalna stała się wielka machiną redystrybuowania dochodu od przeciętnych obywateli do Wall Street. David Stockman w swojej książce dokumentuje jeszcze wiele innych przypadków takich zgubnych skutków polityki banku centralnego. Niestety, póki istnieje Rezerwa Federalna i póki ma taką władzę jak obecnie, nie można liczyć na poprawę obecnego stanu rzeczy.

 

Mateusz Benedyk – autor jest ekspertem Instytutu Misesa, tekst powstał we współpracy z Mennicą Wrocławską współorganizatorem akcji „Oddajcie Nasze Złoto”.

Przekaż dalej

O autorze

Misja serwisu rynekzlota24.pl to rzetelne informowanie o inwestycjach alternatywnych i rynku metali szlachetnych. Naszym czytelnikom serwujemy mix najnowszych informacji rynkowych, ciekawostek, poradników i analiz. Prace redakcyjne opieramy o najbardziej aktualne informacje. Z nami łatwiej rozpoczniesz przygodę w świecie złotych inwestycji.

1 komentarz

  1. Pingback: • Nic się nie zmieni póki istnieje FED | proKapitalizm - Portal zwolenników wolności

Odpowiedz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.